ŚWIĘTA POLSKIE

BARBÓRKA

Pochodzą z dwóch różnych światów. Basia jest córką emerytowanego górnika ze Śląska. Sama też pracuje w kopalnianej sortowni, gdzie wraz z innymi kobietami przebiera węgiel. Skromna i cicha, ale zarazem szczera i bezpośrednia. Choć szanuje tradycję, chce mieć własny pomysł na życie. Ma też Basia jedno wielkie marzenie - czeka na swojego księcia z bajki. O Jakubie kolorowe pisma piszą, że urodził się w Egipcie. Jest gwiazdą telewizyjnego serialu, od trzech lat przyciągającego przed telewizory rzesze widzów. Wysoki, przystojny, ma powodzenie u kobiet. Ale mimo popularności i względnej zamożności Jakub nie jest szczęśliwy. Nie znajduje spełnienia zawodowego, występując w telenoweli. Nie udaje mu się jednak znaleźć ambitniejszej roli, gdyż w środowisku filmowym ma opinię pechowca. Coraz bardziej zblazowany aktor łapie podsuwane mu przez agenta chałtury. W ten sposób wraz z dwoma współpracownikami trafia na Śląsk. Jakub ma tutaj uczcić swoją obecnością obchody "Barbórki" - święta patronki górników. Dziewczyną, która go powita chlebem i solą, jest właśnie solenizantka Basia. Przybyszom ze stolicy górnicy dotychczas znani byli głównie ze strajków i burd pod siedzibami władz w Warszawie. Jakub i jego koledzy nie rozumieją przywiązanych do tradycji Ślązaków, ich uporządkowanego życia toczącego się powoli swoim torem. Z kolei miejscowi krzywo patrzą na nastawionych na sukces, goniących za pieniędzmi przyjezdnych. I aż ich swędzą ręce, aby skarcić zapatrzonych w siebie i wywyższających się gości z Warszawy, by postraszyć ich groźbą wybuchu metanu w kopalni lub rozbić nos w przypadkowej sprzeczce na ulicy. Ale dla Basi i Jakuba spotkanie to stanowi szansę na coś więcej. Jak zakończy się ich flirt? Film Macieja Pieprzycy to kolejny odcinek telewizyjnego cyklu "Święta polskie". Wspólnym motywem należących do tej serii obrazów jest to, że ich akcja rozgrywa się podczas jednego z kalendarzowych świąt. Tak jest i w przypadków "Barbórki". Część scen do tej komedii romantycznej powstała w kopalni "Królowa Luiza" w Zabrzu. [TVP]

Ekipa

Nagrody indywidualne

Varia

PRZYBYLI UŁANI

W sennym zwykle Osieku wielkie poruszenie. Już jutro dzień wojskowego święta, rocznica Cudu nad Wisłą. Z województwa przybędą notable - marszałek i biskup, a może nawet telewizja! - na uroczystość poświęcenia tablicy upamiętniającej wyzwolenie wsi z rąk bolszewików w 1920 r. Robotnicy zawieszają ją właśnie na ścianie urzędu gminy. Wyryte litery głoszą: "Dla uczczenia czterdziestej rocznicy uchwalenia Manifestu PKWN". Stop! - sierdzi się wójt. Czytać nie umiecie? Przewrócić na drugą stronę!? No, teraz dobrze! Wyryte w marmurze na odwrocie starej tablicy - dla oszczędności - złote litery głoszą chwałę 13 Pułku Ułanów Wileńskich, który w sierpniu 1920 roku stoczył w okolicy zwycięską bitwę z sowiecką kawalerią. Marian, miejscowy sklepikarz już wie, kto odsłoni inskrypcję. Kombatant walk z bolszewikami, ojciec jego małżonki! To nic, że z niesprawny, milczący, przykuty do fotela starzec nigdy w wojsku nie służył, a w 1920 roku miał zaledwie dziesięć lat. A bo to można wierzyć starym metrykom? Dziadek na pewno z Rydzem komunistów gonił! Trzeba tylko zorganizować dla staruszka wózek inwalidzki i ubrać go w ułański mundur. Z wózkiem nie będzie kłopotu. Wypożyczy się go za parę złotych od miejscowego harmonisty, człeka - a jakże, trunkowego - ćwiczącego z zapałem melodię piosenki "Przybyli ułani pod okienko". Słabo mu idzie. Co chwilę zamiast "Ułanów" spływają artyście spod palców tęskne frazy "Suliko", ulubionej pieśni generalissimusa Stalina. A niezbędny mundur ułański wypożyczy wiekowa córka autentycznego ułana. Nie wypożyczy! Nie po to przez czterdzieści pięć lat ukrywała relikwię przed komuną, by ją teraz oddawać w obce ręce! No dobrze, odda na chwilę za obietnicę zatrudnienia córki jako sklepowej. Marian nie ma wyboru. Godzi się na wszystko. Mundur trzeba tylko trochę przerobić. Zrobi to bezrobotny, jak niemal wszyscy mieszkańcy popegieerowskiej wioski żyjący z babcinej lub dziadkowej renty, krawiec - pijanica za "połówkę". A kochanica bohatera, pielęgniarka z ośrodka zdrowia, doda dziadkowi ikry zastrzykiem wzmacniającym, takim jak dla sportowców, by jakoś wytrzymał trudy imprezy. Gra jest warta świeczki. Wójt będzie zobowiązany. Z pewnością odnowi z Marianem koncesję na prowadzenie sklepu, wbrew zakusom innych oferentów...
Zabawny obrazek z życia biednej prowincjonalnej mieściny, zapis komicznych perypetii ludzi biednych, niezaradnych, z największym trudem wiążących koniec z końcem, nieprzystosowanych do nowych czasów, ale mozolnie próbujących utrzymać się na powierzchni. Komiczny do czasu. Strzelba wisząca na ścianie w pierwszym akcie sztuki teatralnej na pewno wypali w finale. Ułański mundur - pamiątka lat krwawej wojny - zwiastuje dramatyczny finał. Obraz należący do telewizyjnego cyklu "Święta polskie" wyreżyserował Sylwester Chęciński, mający w swoim dorobku między innymi trylogię "Sami swoi", "Nie ma mocnych" i "Kochaj albo rzuć" oraz takie filmy, jak "Wielki Szu" czy "Rozmowy kontrolowane". [TVP]

Ekipa

Nagrody indywidualne

Varia

MIŁOŚĆ W PRZEJŚCIU PODZIEMNYM


Fot.TVP SA ONM-PAT

Kolejny film z cyklu telewizyjnego "Święta polskie", tym razem ilustrujący święto nie całkiem polskie, ale mocno już zakorzenione w rodzimej rzeczywistości - walentynki. Scenariusz do niego wyszedł spod pióra Jerzego Pilcha. Dla znanego pisarza, laureata Nagrody Nike, to już drugie spotkanie z tym cyklem: wcześniej napisał on scenariusz do znakomitego "Żółtego szalika". Jego współpraca z reżyserem Januszem Majewskim zaowocowała opowieścią pełną humoru i wdzięku, traktującą o miłości z lekkim przymrużeniem oka i nutką nostalgii. Duża w tym zasługa również grającego główną rolę Wojciecha Malajkata.
Bogdan był kiedyś muzykiem w krakowskiej orkiestrze, później dziennikarzem muzycznym w poważnym, niszowym piśmie. Swobodny stosunek do życia, pieniędzy i kariery sprawił jednak, że nie wzniósł się na szczyty swoich możliwości. Niektórzy powiedzieliby nawet, że upadł całkiem nisko. Bogdan, noszący teraz ksywkę "Mozart", jest bowiem kloszardem na warszawskim Dworcu Centralnym, gdzie przygrywa na akordeonie i żyje z tego, co ludzie wrzucą mu do czapki. Ale czuje się szczęśliwy. Inni stale gdzieś gonią, czymś się denerwują, a on delektuje się świadomością, że nic nie musi. Potrzeby ma skromne, pieniędzy za wiele nie potrzebuje, bo przecież na dworcu jeszcze nikt z głodu i zimna nie umarł. Ale pewnego dnia do pudełka na moniaki ktoś niespodziewanie wrzuca mu pękatą różową kopertę. W środku jest niemal 50 tys. zł i list. W liście anonimowa ofiarodawczyni wspomina ich miłosny związek sprzed lat. Czuje się winna moralnego upadku Bogdana i chce mu to wynagrodzić. "Mozart" nie jest pewien, która z dawnych kochanek zrobiła mu taki prezent. Wyrusza więc pociągiem do Krakowa, aby wyjaśnić zagadkę i zwrócić pieniądze "sponsorce". W grę wchodzą trzy panie. Pierwszą, skrzypaczkę Ewę, odnajduje na oddziale intensywnej terapii, a jej stan nie pozwala na dłuższe rozmowy. Drugiej, samotnej i zgorzkniałej Anieli, jego dawnej wiernej czytelniczki, nie byłoby stać na tak hojny podarek, zresztą ona sama nie widzi powodu, dla którego miałaby teraz "Mozarta" czymkolwiek obdarowywać. Trzecia, Sabina, niegdyś sekretarka w redakcji periodyku, jest obecnie bardzo bogata i mogłaby sobie pozwolić na taki gest, ale stanowczo oświadcza, że koperta nie pochodzi od niej. Nieco zbity z tropu "Mozart" wraca do Warszawy, gdzie postanawia spożytkować posiadaną sumę zgodnie z wyznawanymi przez siebie zasadami. Nie wie, że to dopiero skromny początek jego fortuny. [TVP]

Ekipa